Endometrioza i rola psychoterapeuty

Zabiegi usuwania endome­­triozy, terapia żywie­­niowa w celu zmini­­ma­­li­­zo­­wania ryzyka nawrotu choro­­by­­...a co z psy­­cho­­te­­ra­­pią? Czy jest potrzebna?

No właśnie...

Dzięki uprze­j­mości Endome­­trioza - ANTIDOTUM (grupa na Fa­­ce­­bo­­o­k'u), w której dzielne kobiety umacniają się nawza­­jem, udostę­p­niamy Wam odpowiedzi psycho­­to­­re­­peuty (Ireneusz Gawko­w­ski) na py­­tania odnośnie endome­­triozy. Jest to wywiad ze specja­­li­­stą, przepro­­wa­­dzony przez założy­­cielkę grupy. Posta­­no­­wi­­liśmy się nim z Wami podzie­­lić, mając przeko­­na­­nie, że temat jest niezwykle ważny.

Pan Ireneusz Gawkowski jako jeden z nie­­li­cz­nych prowadzi grupę warsz­ta­­tową, dedyko­­waną dla osób doświa­d­cza­­ją­­cych cierpienia emocjo­­na­l­nego, związa­­nego z endo­­me­­triozą, brakiem możli­­wości spełnienia pragnień bądź odrzu­­ce­­niem przez bliskich. Wychodzi on z prze­­ko­­na­­nia, że wie­­lo­­a­spe­k­to­­wość tej choroby wymaga holisty­cz­nego podej­­ścia do Pa­­cjentki. Poza specja­­li­­styczną i pełną wiedzą medyczną, do której każdy ma prawo, potrzeba również opieki psychologicznej.

Poniżej przyta­­czamy cytat ze strony pana Irene­­u­sza. Po więcej treści, zapra­­szamy na jego stronę www.psychoterapiagawkowski.pl

Endometrioza, jak każda choroba naznaczona jest ogromem cierpienia. Jest to cierpienie nie tylko somatyczne, lecz również ma wiele implikacji psychicznych. Fizyczny ból, często niezrozumiały i niezawiniony, uruchomia nieświadome procesy psychologiczne, które często wzmacniają bolesność życia i zniekształcają obraz własnego JA. Mimo tak ogromnego bólu, pacjentki nie uzyskują wśród swoich lekarzy ginekologów właściwej diagnozy i nowoczesnych form leczenia. Przepisywane są im leki przeciwbólowe i skierowania do lekarzy psychiatrów z uwagi na podejrzenie u nich zaburzeń psychiatrycznych z somatyzacją. Nikła wiedza społeczna o endometriozie, granicząca z ignorancją i niezrozumieniem, dodatkowo izoluje społecznie pacjentki, które skazane są niejednokrotnie na cierpienie w samotności.

1. Jaka jest rola psychoterapeuty?

Psycho­­te­­rapia to stosu­n­kowo nowy zawód, choć wymaga wielo­­le­t­niego szkole­­nia, własnej psycho­­te­­rapii i supe­r­wi­­zji. Wpisuje się on w dzia­­łania lecznicze i pomo­­cowe, podobnie jak psychia­­tria i psy­­cho­­lo­­gia. W moim osobi­­stym doświa­d­czeniu zawodo­­wym, rolą psycho­­te­­ra­­peuty jest towarzy­­szenie osobie zmaga­­jącej się z cie­r­pie­­niem, w odkry­­waniu przez nią jej osobi­­stych zasobów do po­­ra­­dzenia sobie z pro­­ble­­mem. Wydaje się to nader oczywiste i pro­­ste. Jednak jak okazuje się w pra­k­tyce, może być niezwykle trudne, a czasem nawet niemo­ż­liwe. Istotną różnicą pomiędzy rolą terapeuty w pro­­ce­­sie, a przy­­ja­­cielem bądź partne­­rem, jest brak u tego pierw­szego wspólnej historii więzi. Często bowiem relacje partne­r­skie, rodzinne czy przyja­­cie­l­skie, są trudne i pełne zranień. Można bardziej kolokwialnie powie­­dzieć, że te­­ra­­peuta nie jest „uwikłany” w życie prywatne pacjenta i nie zajmuje żadnego stano­­wiska wobec jego postaw i decy­­zji. Pierwsza sesja, to tak naprawdę początek tworzenia nowej relacji pomiędzy terapeutą a pacje­n­tem. Można spotkać czasem zdanie, że pa­­cjent przychodzi do psycho­­te­­ra­­peuty „po relację”. Czyli, poprzez szczere otwarcie i zau­­fa­­nie, danie sobie szansy na naukę i wspó­ł­two­­rzenie relacji inter­pe­r­so­­na­l­nej. Psycho­­te­­rapia konce­n­truje się na be­z­po­­średnim i czasem głębokim spotkaniu człowieka z czło­­wie­­kiem, z całym jego bagażem doświa­d­czeń. W takiej relacji nie ma miejsca na ocenę lub poucza­­nie. Jest wspólne poszu­­ki­­wanie najgłę­b­szych treści istnienia pacjenta i przy­­jęcie go w cało­­­ści. Brzmi to dość patety­cz­nie, jakby terapeuci byli wszech­­wie­­dzący i mieli monopol na ży­­cie. Tak nie jest. Należy pamię­­tać, że te­­ra­­peuta, poza swoją wiedzą i doświa­d­cze­­niem zawodo­­wym, pracuje sobą samym. Raczej do la­­musa odszedł obraz milczą­­cego anali­­tyka (mam cichą nadzieję, że psy­­cho­­a­na­­li­­tycy wywodzący się z nurtu freudo­w­skiego nie obrażą się). Dziś psycho­­te­­ra­­peuta powinien być auten­tyczny, tzn., jego sposób życia, to co mówi, jakie ma spojrzenie na świat, powinno być spójne. To rodzi zaufanie w kon­ta­k­cie. W dzi­­sie­j­szym rozumieniu psycho­­te­­ra­­pia, to sztuka korzy­­stania z kon­cepcji psycho­­lo­­gi­cz­nych w taki sposób, aby najsku­­te­cz­niej pomóc pacje­n­towi. Najwa­ż­niejszy bowiem w psycho­­te­­rapii jest pacjent. Terapia skonce­n­tro­­wana na te­­ra­­peu­­cie, tzn. słuchaniu i wpro­­wa­­dzaniu w jego słów w życie, nie jest psycho­­te­­ra­­pią. Jest wiele badań, które potwie­r­dzają tezę, że z ca­­łego tortu: skute­cz­ność w psycho­­te­­rapii, największy kawałek zajmuje właśnie relacja terapeu­­tyczna, czy jak inni mówią przymierze terapeu­­tyczne. Dopiero na da­l­szym miejscu znajdują się takie elementy jak techniki i pro­­ce­­dury terapeu­­tyczne, wiedza i umie­­ję­t­ności terapeuty, gotowość pacjenta i inne. Wydaje się, że obecnie prym wiedzie psycho­­te­­rapia integra­­cyjna, która uwzględnia rozumienie człowieka i jego funkcjo­­no­­wanie w róż­nych aspektach.

2. Przez lata zmagamy się z chorobą chroniczną, jaką jest endometrioza. Dla wielu z nas jest to obciążenie nie tylko fizyczne ale i psychiczne, z którym z czasem coraz ciężej jest nam sobie poradzić. Jak rozpoznać moment, w którym powinniśmy zwrócić się o pomoc psychologiczną?

Ni­gdy nie jest za późno i nigdy nie jest za wcze­­śnie. Z reguły osoby doświa­d­cza­­jące chroni­cz­nego cierpienia np. związa­­nego z prze­w­lekłą lub nieule­­czalną chorobą, próbują radzić sobie same. Dlaczego? Odpowiedź jest bardzo prosta: dam radę, nie jestem ułomna, nie będę opowiadać o cho­­robie somatycznej komuś, kto nie jest lekarzem. Te przeko­­nania działają na nie­­świa­­domym pozio­­mie. Każdy człowiek chciałby mieć poczucie spraw­czości w swoim życiu. Na­dal pokutuje niezro­­zu­­miały mit, że pro­­sząc o pomoc zgadzamy się ujawnić swoją słabość. Na szczę­­­ście myślenie o pomocy psycho­­lo­­gi­cz­nej, czy psycho­­te­­ra­­peu­­ty­cz­nej, jako czymś wstydli­­wym, maleje. Myślę, że do­­brym argumentem jest zdanie pewnego lekarza gineko­­loga, który przekie­­ro­­wuje niektóre swoje pacjentki do mnie. Jedna z nich powie­­działa: „Właściwie to nie wiem po co przyszłam, mój doktor powie­­dział, że on się nie zna na psy­­chice i poleca wizytę u spe­­cja­­li­­sty. Dał mi Pana nr telefo­­nu”. Jedna sesja wysta­r­czyła, aby pacjentka (będąca w dru­­giej ciąży, mąż space­­rował z wóz­kiem z pier­w­szym dziec­kiem pod gabine­­tem) uświa­­do­­miła sobie, że wie­­dzie dobre życie, ma kocha­­ją­­cego męża i jest silną kobietą. To co było dla niej trudne, to chęć całko­­wi­­tego i naty­ch­mia­­sto­­wego niedo­­świa­d­czania lęków związa­­nych z uro­­dze­­niem dziecka. Rozpo­­znała, że lęk, gdy go oswoimy i zro­­zu­­miemy, jest naszym pomoc­ni­­kiem i wspó­ł­pra­­co­w­ni­­kiem. Infor­muje nas o róż­nych zagro­­że­­niach i pozwala podej­mować bezpieczne decyzje. Zatem wydaje mi się, że gdy osobiste próby zaradzenia swojemu cierpieniu nie przynoszą rezul­ta­­tów, należy zwrócić się do spe­­cja­­li­­sty. Zaryzy­­kuję stwie­r­dze­­nie, że pro­­fi­­la­k­tyka jest zawsze łatwiejsza i mniej bolesna niż lecze­­nie. Oznacza to, że może kilka sesji już na po­­czątku nieuda­­nych prób poradzenia sobie, mogą przynieść ukojenie i spo­­kój. Spotkałem się już z cho­­rymi, którzy chodząc po różnych lekarzach, na­dal nie wiedzieli co im dolega. Lekarze przepi­­sy­­wali im różne leki, które nie pomagały. U podłoża takiego cierpie­­nia, leżą dawne zranie­­nia, nieroz­­wią­­zane i często nieuświa­­do­­mione konflikty. Organizm broniąc się przed konfro­n­tacją z tymi trudnymi emocjami, sygna­­li­­zuje objawy w postaci choroby somaty­cz­nej. U pod­staw somaty­­za­­cji, leży zawsze psychika. Nie sposób to odkryć samemu i zatrzy­­mać. To błędne koło musi zatrzymać ktoś z zew­ną­­trz. Oczywi­­­ście ktoś, kto potrafi to zauwa­­żyć, zrozu­­mieć i wła­­­ściwie zainterweniować.

3. Są osoby, które chodź twarde na zewnątrz, wewnątrz wołają o pomoc. Często te osoby nie chcą się do tego przyznać. W jaki sposób bliska osoba rozpoznając to ukryte cierpienie może pomóc i czy powinna tę pomoc narzucać?

Tym, co nas ludzi konsty­­tu­­uje, to relacja. Powta­­rzam to jak mantrę: po co żyć samemu? W tym pytaniu, zauważam jednak kilka płasz­czyzn. Pierwsza to fakt, że ktoś wydaje się na ze­w­nątrz twardy. Co to znaczy? Czy to oznacza, że ma w sobie duże pokłady odpor­ności na cie­r­pienie oraz umieję­t­ność satys­fa­k­cjo­­nu­­ją­­cego sposobu znoszenia go? Czy może oznacza to, że taka osoba z jakiegoś powodu nie chce, lub boi się powie­­dzieć, że po­­trze­­buje pomocy, wołając o nią niejako z wew­ną­­trz. Jeśli tak jest, to należy zadać pytanie: czemu to robi, skoro cierpi i co jej tak naprawdę daje, taka zakła­­mana postawa. Może chodzi o to, aby pokazać swoją nieza­­le­ż­ność w relacji i poczuć nieco satys­fa­k­cji, a może chodzi o to, że wcze­­śniejsze doświa­d­czenia pokazują, że ktoś bliski nie potrafi pomóc, bądź nawet czerpie choro­­bliwą satys­fakcję z cie­r­pienia innych lub uzale­ż­nienia od siebie cierpiącej osoby. Inna płasz­czy­­zna, to kwestia związana z nie­­sie­­niem pomocy innym. Czasem jest tak, że wi­­dząc kogoś bliskiego w wielkim bólu, odwra­­camy się od niego, ponieważ samo patrzenie na ból, przysparza własnego cierpie­­nia. Czasem, po wykorzy­­staniu możli­­wych wariantów pomocy, które nie przyniosły oczeki­­wanej poprawy, jesteśmy tak zmęczeni, że nie­­jako uodpa­r­niamy się emocjo­­na­l­nie. Stajemy się nieczuli, zamro­­żeni. Istnieje też sytuacja, że w pełnym miłości związku, któraś ze stron zacho­­ruje. Jak zatem nieść pomoc? Z pew­no­­­ścią nie ukrywać tego, co widać i sły­­chać. Jeśli znamy kogoś od wielu lat, żyjemy pod jednym dachem i mamy wypra­­co­­wany model zaufa­­nia, to z całą pewno­­­ścią należy mówić o swoich odczu­­ciach. Sue Johnson w swojej książce „Przytul mnie” (polecam dla poprawy jakości związ­ku), podaje pewną technikę: DUZ. Oznacza ona: Dostę­p­ność, Uwraż­li­­wienie i Zaan­ga­­żo­­wa­­nie. Jestem dla Ciebie Dostępny również w Twojej choro­­bie, jestem Wrażliwy na Twój ból, jestem i nadal chce być Zaanga­­żo­­wany w naszą relację. Dlatego, gdy widzę jak cierpisz, jestem przy Tobie i chcę Ci pomóc, ale nie wiem jak. Proszę powiedz, czego ode mnie potrze­­bu­­jesz. Jeśli będę umiał i mógł to zrobić, zrobię to. To bardzo uczciwe i może mało roman­tyczne. W tych momen­tach, często borykamy się z pewnym przeko­­na­­niem relacy­j­nym, całko­­wicie niepra­w­dzi­­wym. On/ona powinie­­n/na się domyśleć, czego mi potrzeba. Prawdziwe „dwie połówki pomara­ń­czy” wiedzą bez słów, czego potrzeba drugiej osobie. Rzeczy­­wi­­stość jest jednak mniej roman­tyczna, ale za to prawdzi­w­sza. Osobi­­­ście twier­dzę, że ta­­kiego pytania, „czy narzucać się z pomocą” mogłoby nie być, gdy związek miłosny będzie oparty na wza­­jemnym zaufaniu i szcze­­ro­­­ści. Oznacza to miłość przez duże M. Kiedy znamy własne i tej drugiej strony dobre i słabsze strony, jesteśmy realni i bar­dziej ugrun­to­­wani w sobie. Mówiąc nieco językiem techni­cz­nym, im więcej sobie nawza­­jem, i o sobie mówimy (info­r­mu­­je­­my), tym mamy większą paletę potrze­b­nych rozwią­­zań. Komuni­­kacja w związku, to nie domyślanie się, lecz wiedza o potrze­­bach tej drugiej osoby, doświa­d­czenie w rela­­cji, ciągłe odnaj­dy­­wanie piękna w byciu razem i dzie­­lenie się nim.

4. Wiemy, że psychoterapia jest kwestią indywidualną. Czy miałbyś jednak dla nas takie ogólne rady jak podejść do tej choroby i jak znaleźć w tym wszystkim jakieś pozytywne strony?

Ogólne rady? Hmmm, dobrymi radami rzekomo wybru­­ko­­wano piekło. Ale na po­­wa­ż­nie; mam kilka sugestii. Do endome­­triozy należy podejść jak do każdej innej chronicznej choroby. Przyj­rzyjmy się alkoho­­li­­zmowi, to również choroba. Uzale­ż­niony, musiał znaleźć jakiś plus tego, że jest chory, aby przestać pić. Wiem, że brzmi to niewia­­ry­­go­d­nie. Lecz po wnikli­w­szej refle­k­sji, ktoś kto zacho­­wuje absty­­ne­n­cję, cieszy się dużo lepszym samopo­­czu­­ciem i bra­­kiem bruta­l­nych konse­­kwencji picia, jak rozpad rodziny czy utrata pracy. Wcale nie oznacza to, że nie cierpi. Przy­na­j­m­niej na dzi­­siejszy stan wiedzy o alko­­ho­­li­­zmie, będą nim szarpały psycho­­lo­­giczne mecha­­nizmy uzale­ż­nie­­nia, a proszę wierzyć, nie należą do przy­­je­m­nych. Osobi­­­ście słysza­­łem, że osoby takie, są w takim rozumieniu szczę­­śliwe ze swojej choroby alkoho­­lo­­wej, że mogą żyć prawdziwie i nie siać wokół siebie spusto­­szenia swoim piciem. Twier­dzą, że dzięki choro­­bie, przemie­­nili swoje życie. Terapia i grupy AA dały im to wsparcie i pomoc. Gdyby nie doświa­d­czyli tej choroby, mogliby na­dal być zgorz­k­niali, egoistyczni i zapa­­trzeni w sie­­bie. Co dobrego znaleźć w endo­­me­­trio­­zie? Może to być szansa na sa­­mo­­ro­­zwój, poznanie siebie głębiej i przy­­ja­ź­niej. To możli­­wość doświa­d­czania nowych znajo­­mości i przy­­jaźni (których jesteś pionierką w zało­­żonej przez Ciebie grupie) i nie­­sienia swoistego posła­n­nictwa tym, które jeszcze cierpią. Poczucie wspól­no­­to­­wości w bólu, tym fizycznym i tym psychi­cz­nym, daje możli­­wość akcep­tacji tego, co nas spotyka. Nikt nie chce być chory, lecz jak argume­n­tuje w swojej pięknej książce Michaela Haas „Niezni­sz­czalni. Rozwój po traumie”, nie ma nic pięknie­j­szego jak to, że nie jesteśmy sami. Wspól­nota daje siłę i moty­­wuje do dzia­­ła­­nia. Chodzi nie o to, aby nie cierpieć, lecz o to, aby umieć radzić sobie z cie­r­pie­­niem, które nas spotyka. Nie mamy wpływu na to, co się wydarzy. Ale mamy wpływ na to jak postą­­pimy. Zawsze mamy wybór. Ceniony psycholog Albert Ellis, opracował wyjąt­kowy model ABC, służący do opi­­sy­­wania wydarzeń których doświa­d­czamy. Posłu­­gując się nim możesz uchwycić swoje myśli, uczucia i zacho­­wa­­nia. A –ak­ti­­va­­ting situation, sytuacja aktywu­­jąca Twój problem , np. infor­macja o choro­­bie, na to nie mamy wpływu. B – belief, przeko­­na­­nia, czyli negatywne myśli, które przyczy­­niają się do two­­rzenia negaty­w­nych wyobrażeń i pro­­je­k­cji, np. to koniec, wszyscy mnie opusz­czą, umrę itp. To należy przepra­­cować w pro­­cesie psycho­­te­­ra­­peu­­ty­cz­nym. I wreszcie C – conse­­qu­­e­n­ces, konse­­kwencje Twoich wyobra­­żeń, wyraża­­jące się zarówno w emo­­cjach, jak i zacho­­wa­­niach. To może spowo­­dować wystą­­pienie określo­­nych zaburzeń, jak depresja i brak pewności siebie, ale również może to objawiać się tym, że nie poszu­­kamy innej pomocy, np. w grupie wspar­cia, czy w psy­­cho­­te­­ra­­pii. Już na ko­­niec, chciałbym podzielić się cudowną modli­­twą: Boże użycz mi pogody ducha, abym godził się z tym, czego nie mogę zmienić. Odwagi, abym zmieniał to, co mogę zmienić. I mądro­­­ści, abym odróż­niał jedno od drugiego.

DZIĘKU­­JEMY ZA MOŻLI­­WOŚĆ UDOSTĘP­NIENIA WYWIADU!

endometrioza leczenie endometriozy psychoterapia

Zastanawiasz się, czy Ty też masz endometriozę?

Im wcześniej zdiagnozujesz tę chorobę, tym większe szanse na jej całkowite wyleczenie. To nie tylko lepszy komfort życia z powodu braku dolegliwości miesiączkowych, ale przywrócenie Twojemu ogranizmowi naturalnej płodności.

Umów się na konsultację!

Zajmie to niecałą minutę